Grażyna Powieść litewska

1   |   2   |   3   |   4   |   5   |   6

Krzyżactwo, długiej niecierpliwe bitwy,
Na wierzchu góry stojący odwodem, Ostatni hufiec
pędzą w środek Litwy
Komtur ich wiedzie, sam uderza przodem,
A zmordowanych długimi gonitwy
Gdy naparł świeżym i dzielnym narodem,
Łamią się szyki, krzyżactwo zwycięża.
Wtem z góry zagrzmiał straszliwy głos męża...

Ku niemu wszystkich podnoszą się oczy
Stoi na koniu, a, jako rozwiodła
Szeroko cienie sterczących warkoczy
Na śnieżnej górze wybujała jodła,
Tak go szeroki płaszcz dokoła mroczy -
Czarny płaszcz, czarny koń i hełm i godła.
Trzykroć zawołał, zleciał nakształt gromu,
Nie wiedzieć, za kim, albo przeciw komu.
Bitwy nie ujrzysz, ale zgiełk i jęki
Dają odgadnąć w jakiej walka stronie
I jak straszliwy piorun jego ręki
Tam szyszak zniknie, ówdzie sztandar padnie...
Tłoczy się hufiec, miesza się bezwładnie.

Jako, leśnicy gdy sosny lub dęby
Sieką wzdłuż puszczy, słychać łoskot w dali,
Jęczą topory, chrobocą pił zęby,
Kiedy niekiedy wierzchołek się zwali,
Nakoniec, między wyciętymi zręby,
Ujrzysz i mężów i błyskanie stali -
Takie wysiekłszy środkiem Niemców łomy,
Darł się ku Litwie rycerz nieznajomy.

Śpieszaj, rycerzu, ożywić duch męski,
Krzepić słabnących! Spieszaj, jeszcze pora!
Litwini bliscy ostatecznej klęski
Dzid i puklerzów warowna zapora
Już rozłamana, sam komtur zwycięski
Po całym polu szuka Litawora
On się nie kryje - oba konie bodą,
Wkrótce śmiertelny pojedynek zwiodą.

Litawor szablę wynosi do cięcia,
Komtur dał ognia z piorunowej broni...
Zadrżą Litwini, pojrzą na książęcia -
Niestety, szabla wypadła mu z dłoni,
Cugle z słabego wyciekły ujęcia;
Spływając z siodła, już się bokiem chyli,
Kiedy mu swoi na pomoc skoczyli.

Jęknął mąż czarny, a - jak czarna chmura,
Ryknąwszy, błyśnie piorunowym gradem -
Z taką szybkością leci na komtura.
Zaledwie pierwszym zwarli się napadem,
Pojrzeć - aliści komtur już pod koniem,
A rycerz bieży i tratuje po nim!

Gdzie obskoczyły książęcia dworzany,
Przybiega, chwyta, rwie pancerza węzły,
Ostrożnie zdziera blach zafarbowany,
Wyśledza postrzał, głęboko ugrzęzły.
Wtem krew na nowo wytrysnęła z rany -
Ból zemdlonego do zmysłów przywoła;
Otwiera oczy, spoziera dokoła
I znowu wciska na oczy przyłbicę;
Z gniewem żołnierze i sługi odpycha,
A Rymwidowi ściskając prawicę
"Już jest po wszystkim, starcze - mówi z cicha -
precz mi od piersi, szanuj tajemnicę!
Ratunek próżny, wkrótce umrzeć muszę...
Wieźcie do zamku, tam wyzionę duszę!"
Rymwid szerokie oczy w nim utopił -
Ledwie śmie wierzyć, od zmysłów odchodzi,
Upuszcza rękę, którą łzami kropił,
Dreszcz kości wstrząsa, pot mu czoło chłodzi.
Teraz poznaje głos, nieznany wczora -

Tymczasem rycerz upuszczone wodze
Starcowi wręczył, sam do pana skoczył -
Rumaki każe nawrócić ku drodze,
Chwiejącego się ramieniem otoczył,
Składa na piersiach, krew dłonią zaciska -
Dał znak, samotrzeć pędzą z bojowiska.

I zbliżają się pod okopy grodu.
Zaszli im drogę ciekawi mieszkańce;
Ci, bodąc konie, przez tłumy narodu
W milczeniu śpieszą na zamkowe szańce,
A skoro wpadli, uchylono zwodu.
Rycerz strażnikom przykazuje srogo,
Ni tam, ni za się nie puszczać nikogo.
Wnet z resztą hufców ciągną bojownicy,
A, choć wygrali tak poważne pole,
Mała stąd radość była po stolicy
Ból serca ścisnął, żałoba na czole.
Każdy się pyta, troskliwie o pana,
gdzie jest, czy żyje, jak głęboka rana?

Nikt nie był w zamku, nikt o niczym nie wie
Podjęto mosty i zemkniono zwory.
Tymczasem w fosę, między gęste krzewie,
Schodzą trabanci z piłami, z topory,
Sieką chróst, walą topole, modrzewie,
A ociosane pnie, gałęzie, wiory
Toczą na barkach i wozach do miasta;

Kędy świątynie miał władca pioruna
I bóg, co wichrem niepogodnym srebrnoruna
Codziennie krwawi poświęcone zgliszcze -
Tam stos ogromny kładą pod obłoki,
Dwudziestem sążni długi i szeroki.

W środku dąb sterczał, a pod dębem stoi
Niemiecki braniec na dzielnym rumaku,
Z orężem, w hełmie i zupełnej zbroi,
Trzykroć łańcuchem przykuty do haku;
Wódz to krzyżacki, co był posłem wprzody,
Zabójca księcia, Diterich z Kniprody.

Biegą mieszczanie, rycerze, kapłany -
Czekają końca, zgadywać nie śmieją;
Każdy, zarówno w myślach kołysany
Między bojaźnią, żalem i nadzieją,
W zamek smutnymi poziera oczyma,
A słuch na wieści wyprężony trzyma.

Przecież i trąba ozwała się z wieży
I most opada i wolnymi kroki
Rusza się orszak w żałobnej odzieży,
Niosąc na tarczach bohatera zwłoki;
Przy nich łuk, włócznia, miecz i sajdak leży,
Wkoło purpurą świeci płaszcz szeroki -
Książęce stroje; lecz nie widać lica,
Bo je spuszczona zawarła przyłbica.

To on, to książę, wielkiego pan kraju,
Mąż dużej ręki! Kto mu rówien będzie.
Czy gromić Niemiec i hordy Nogaju,
Czy lud na słusznym rozsadzać urzędzie?
Panie nasz, zacóż dawnego zwyczaju
Nie widać w twoim pogrzebnym obrzędzie?
Nie tak albowiem starożytność święta
Czciła twe przodki, litewskie książęta.

Zacoż do nieba nie idzie za tobą
Twój giermek, każdej nieodstępny drogi.
I z próżnym sidłem, okryty żałobą
Towarzysz pola, koń jelenionogi,
I sokół i psy, co wiatr pyskiem sieką,
I drugie, z pyskiem wietrzącym daleko?

Szemrała gawiedź - Rycerze na stosie
Składają ciało, mleko i miód leją -
Przy długiej trąby i fletni odgłosie
Śmiertelne pieśni wajdeloci pieją.

Starszy pochodnię wziął i nóż ofiarny...
"Stójcie!" - Stanęli. - Nadjechał mąż czarny.
"Któż on? - pytają wszyscy. - Któż on taki?"
Poznało wojsko: on na polu wczora,
Kiedy litweskie złamano orszaki
I obstąpiono zewsząd Litawora,
Przypadł, odwagę stygnącą zapalił,
Niemców wysiekał, komtura obalił.

Tyle o czarnym rycerzu wiedziano;
Dziś w tymże płaszczu, na tymże rumaku...
Lecz po co przybył? Skąd ród? Jakie miano?
Stójcie i patrzcie! Uchyla szyszaku,
Uchyla twarzy... On! Litawir! Książę!
Dziw nagły zmysły i mowę zabiera -
Nakoniec radość skrzepły głos rozwiąże.
Opłakanego widząc bohatera,
Wrzasną i klasną, wrzask o gwiazdy bije
"Litawor żyje! Książę, pan nasz żyje!"

Stał i ku ziemi dzierżał lice blade -
Hałas grzmi jeszcze, powtarzany echem.
Zwolna wzniósł czoło, obejrzał gromadę,
Za okrzyk lekki dziękując uśmiechem.
Nie był to uśmiech, co, z serca poczęty,
Rozjaśni lica i w oczach zaświeci -
Ale, jakoby gwałtem przyciągnięty,
Usiadł na ustach i wkrótce uleci
Tyle dodaje smutnej twarzy wdzięku,
Ile kwiat w bladym nieboszczyka ręku.

"Zapalcie zgliszcze!" - Palą - ogień bucha.
A książę dalej: "Wiecie-li wy, czyje
Zwłoki na stosie giną?" - Cichość głucha -
"Niewiasta, choć ją męska zbroja kryje.
Niewiasta z wdzięków, a bohater z ducha!
Ja się zemściłem, lecz ona nie żyje!"
Rzekł, bieży na stos, upada na zwłokach,
Ginie w płomieniach i dymu obłokach.

1   |   2   |   3   |   4   |   5   |   6