Grażyna Powieść litewska

1   |   2   |   3   |   4   |   5   |   6

Wybiegła, drzwiczki za sobą zatrzasła.
Wybiega Rymwid, a myśli po drodze
"Gdzie idę? po co? Wszak wojska i wodze
Już zgromadzone, już wydane hasła!"
Odetchnął tedy, zwolnił nieco kroku,
Stanął z nagiętym ku ziemi obliczem
I, myśląc długo, nie myślał o niczem,
Bo w mnogich zdarzeń i wnioskach natłoku
Myśli samopas plączą się bezwładnie,
Ani ich rozum znużony owładnie.

"Próżno tu czekam. Już bliski poranek -
Musze z nim mówić, śpi, czy nie śpi książę".
Więc stąpał prosto na pałacu ganek.
A wtem się z lekka rozwarły podwoje -
Litawor wyszedł sam jeden do sieni.
Szatę miał, w jaką stroi się na boje,
Całą od sutej błyszczącą czerwieni;
Głowę pod hełmem, piersi miasto zbroje
Pancerz obwijał z żelaznych pierścieni,
W lewicy tarczę mniejszego obłęku,
A pas od miecza na prawym niósł ręku.

Gniewem lub troską zdał się kołatany,
Nierównym stąpał i niepewnym krokiem;
Gdy się zbliżyły rycerze i pany,
Uczcić łaskawym nie raczył ich okiem.
Drżący z rąk giermka wziął łuk i kołczany,
Miecz nawet zwiesił ponad prawy bokiem,
A chociaż wszyscy omyłkę widzieli.
Przestrzegać pana nikt się nie ośmieli.

Już zstąpił z ganku, już chorągiew złota,
Wzniesiona, pocznie na dzień krwawy świtać -
Już dosiadł konia, już przyboczna rota
Miała go wrzaskiem i trąbami witać -
Lecz dał znak ręką, aby zamknąć wrota,
Jechać w milczeniu i o nic nie pytać,
A pacholiki i nadworne sługi
Aż za most wywiódł na dziedziniec drugi.
Ale, na pewno skręcając się dołem,
Przepadli między kurhany i krzaki,
Znowu ku drodze nawracając kołem.
Wąwóz ciemnymi wiedzie ich zatoki,
Ścienione coraz rozsuwają boki.

Jest od przykopów miejskich tak daleka,
Jako niemieckiej broni grzmot doniesie,
Mała, zaledwie znana komu rzeka,
Wąskim korytem błądząca po lesie;
Ku drodze jednak coraz szerzej ścieka,
Gubiąc się w wielkim jeziora okresie;
Puszcza okrywa z boków jej zwierciadła,
A z przodu góra wyniosła usiadła.

Tam, gdy litewskie wymknęły się roty,
Ujrzą śród góry przy blasku księżyca
Zbroje, chorągwie, szyszaki i groty.
Błsynęło, zagrzmi na hasło rusznica;
Sypią się męże, ściskają się roty,
Murem krzyżacka stanęła konnica.

Tak w noc miesięczną wyglądają świetnie
Na czole Ponar zasadzone bory,
Gdy z nich oskubie wicher szaty letnie,
A rosa, jasne wieszając bisiory,
Nagle się mrozem w szron perłowy zetnie;
Błędnym przechodniom zdają się u wnijścia
Lasy ze srebra, a z kryształu liścia.

Ten widok gniewny w książęciu poduszcza.
Skoczył z wyniosłym nad głową żelazem -
Wali się zbrojna w ślady jego tłuszcza,
Ale się wodze dziwią, że tym razem
Wojsko bez sprawy ladajako puszcza,
Ani ich zwykłym ostrzeże rozkazem,
Kędy sam myśli na czele ugodzić,
A jakie skrzydła odda im przywodzić.

Więc Rymwid, pańską zastępując wolę,
Obiega hufy, szykuje śród drogi,
Wklęsłe ku górze ściskając półkole,
Pancernych w środek, łuczników na rogi
Tak zawsze Litwa zwykła stawić pole.
Warknęły struny, świsnęła strzał chmura...
"Jezus! Marya! Naprzód! Hop hop, ura!"

Dopieroż, drzewca ułożywszy w toku,
Zerwą się bliżej - pierś na pierś uderzy...
Zacóż wydarła potomnemu oku
Noc i zwycięstwa i klęski rycerzy?
Swoi i cudzy zmieszani w natłoku -
Zewsząd szczęk razów, wrzask, chrzęsty pancerzy, -
Pryskają bronie, lecą hełmy, głowy -
Co miecz oszczędza, druzgocą podkowy.

Książę, jak skoczył, tak goni na czele,
Ani się jeden między tłumem boi;
Znają czerwony płaszcz nieprzyjaciele,
Cofa się, walcząc, nieśmiała gromada -
Zwycięzca pędzi i na karki wsiada.

Lecz któryż z bogów siłę w nim osłabił?
Cóż stąd, że zbiegłych natarczywie goni?
Cóż stąd, że bije? - Nikogo nie zabił!
Bezwładna szabla po pancerzach dzwoni,
Albo się zwija, odbita żelazem,
Albo uchybia, albo idzie płazem.

Czując Krzyżacy tak słabe natarcie,
Odzyszczą serce; z okropnym hałasem
Nawrócą czoła, potkną się zażarcie
I gęstych włóczni otoczą go lasem;
Czy przelękniony, czy splątany w tłumie,
Brać ich na szable i tarcze nie umie.

Trudno mu było całą unieść szyję
Krzyżactwo zewsząd kole, strzela, siecze;
Wtem huf litewski nawałę rozbije,
Biorąc go między puklerze i miecze
Ten słabe razy swoimi poprawia,
A ten od cudzych razów go zastawia.

Już noc pierzchała, już różane włosy
Zorza na wschodnim roztacza obłoki -
Bitwa wre dotąd, ślepe lecą ciosy,
Ni w tył, ni naprzód nie ruszono kroku,
A bóg zwycięstwa, przyszłe ważąc losy,
I szala dotąd w równej stoi mierze.

Tak ojciec Niemen, mnogich piastun łodzi,
Gdy Rumszyskiego napotka olbrzyma,
Wkoło go mokrym ramieniem obchodzi,
Dnem podkopuje, pierś górą wydyma;
Ten, natarczywej biorąc się powodzi,
Na twardych barkach gwałt jej dotąd trzyma,
Ani się ruszy skała, w piasek wryta,
Ani jej rzeka ustąpi koryta.

1   |   2   |   3   |   4   |   5   |   6