Grażyna Powieść litewska

1   |   2   |   3   |   4   |   5   |   6

Przebóg! Czyż nie dość, że Witołda buta
Na koniu wiecznie trzyma całą Litwę?
Pierś nasza wiecznie do zbroi przykuta,
Szyszaki już nam przyrosły do czoła!
Z łupów po łupy i z bitwy na bitwę,
Świat, jako wielki, zbiegliśmy dokoła
To na krzyżactwo - to znowu przez Tatry
Na Polski piękne zbudowane sioła -
Stamtąd, po stepach żeglujący z wiatry,
Goniąc błędnego obozy Mongoła.
A cośmy skarbu z zamków wyłamali
I co żywego szablica nie dotnię,
Głód nie dogryzie, ogień nie dopali -
Na trudach naszych w potęgę urasta
Od Fińskich zatok po Chazarów morze
Wszystkie pod siebie zagarnął już miasta...
Sam w jakim mieście, w jakim siedzi dworze!
Widziałem pysznych Krzyżaków warownie,
Na które Prusak nie spojrzy bez strachu,
A przecież mniejsze od Witołda gmachu,
Co jest na Wilnie lub Trockim jeziorze!
Widziałem piękną dolinę przy Kownie,
Kędy rusałek dłoń wiosną i latem
Ściele murawę, kraśnym dzierzga kwiatem
Jest to dolina, najpiękniejsza w świecie...
Lecz - któżby wierzył? - u syna Kiejstuta
W pałacu świeższa murawa i kwiecie
Takim po ścianach rozwisłe bistory
Z liściem ze srebra i kwieciem ze złota...
Nad dzieło bogiń, nad smug różnowzory
Cudniejsza branek lechickich robota.
W kratach u niego szklane okienice,
Przywoźne kędyś aż od ziemi końca,
Błyszczą, jak polskich rycerzy zbroice,
Albo, jak Niemen, przed oczyma słońca
Spod śniegu zimne gdy odsłoni lice.

A ja com zyskał za rany i znoje?
Com zyskał, że od maleńkiego wieku,
Z pieluchów zaraz przwiniony w zbroje,
Książe, jak Tatar, żył o końskim mleku?
Cały dzień konno, w wieczór końska grzywa
A rankiem znowu trąba na koń wzywa;
Że wtenczas, kiedy moi rówieśnicy,
Jeżdżąc na kijach, szablami z łuczywa
Bezpiecznie sobie grali po ulicy,
By siwą matkę lub dziecinną siostrę
Zabawić wojny kłamanej obrazem -
Wtenczas z Tatary jam gonił na ostre,
Lub wręcz z Polaki ścinał się żelazem!

Przecież me państwa od Erdwiłła czasu
I piędzią szerzej ziemi nie zaległy.
Patrz na te mury z dębowego lasu
I na ten pałac mój z czerwonej cegły -
Pójdź przez komnaty, pradziadów siedliska
Gdzie szklane kuple? Gdzie kruszczowe łupy?
Miasto blach złotych - mokry kamień błyska,
Miasto kobierców - śniade mchu skorupy!
Cóżem chciał wynieść z ognia i kurzawy?
Państwa, czy skarby? Nie - nic, kromia sławy!

Ale i sławą wszystkim ponad głowę
Witołd podleciał, Witołd wszystkich gasi.
Jego, jakoby drugiego Mindowę,
Na ucztach wielbią wajdeloci nasi -
Jego na strunach i na wieszczym rymie
Do potomnego wysyłają blasku;
Nasze śród gminu kto wypatrzy imię?
Kto podjąć raczy z niepamięci piasku?
gromi,
Niechaj się w imię i skarby bogaci -
Tylko niech zęba chciwego poskromi
Od swych ojczyców, od ziemi swej braci!
Czyż dawno w środku pokoju i zgody
Gwałtem litewska wstrząśniona stolica?
Czyż dawno Witołd kniaziów wielkich grody
Naszedł i z tronu zmiótł Olgierdowica
I sam owładnął? A tak lubi władać,
By jego poseł, jak Krywejty goniec,
Książąt podwyższał, albo zmuszał spadać!
O, czas, że temu położymy koniec, Czas, że po sobie
jeździć nie dozwolim!
Póki młodego w piersiach żywię ducha,
Póki żelazo ręki zdrowej słucha,
Dopóki koń mój ze skrzydłem sokolim,
Com z łupów krymskich jednego wziął sobie,
Jakiemu równy dany tobie drugi,
A jeszcze dziesięć rże przy moim żłobie,
Którymi wierne poobdzielam sługi -
Dopóki koń mój... póki szabla moja!..."
Tu mu gniew słowa i tchnienie zatłoczył.
Umilkł, lecz chrzęstem ozwała się zbroja;
Znać, że się wzdrygnął i z miejsca wyskoczył.
Jakiż to płomień nad głową mu błysnął?
Jak oderwana gwiazda przez niebiosa
Spada, z długiego żary trzęsąc włosa,
Tak on brzeszczotem koło stropu cisnął
I siekł w podłogę, od tęgiego razu

Znowu ich głuche obeszło milczenie,
Znowu rzekł książę: "Dosyć próżnej mowy,
Oto noc prawie dochodzi połowy,
Wkrótce usłyszym drugich kurów pianie...
Wiesz, com rozkazał. Bądźcie w pogotowiu!
Ja legnę; może duch troskliwy spocznie
I ciało trochę pokrzepię na zdrowiu,
Bom trzy dni nie spał. Teraz jeszcze mrocznie,
Lecz dziś zapełnia księżyc rogi nowiu -
Świat będzie widny. Ruszymy niezwłocznie,
Synom Kiejstuta w Lidzie zostawimy
Godne dziedzictwo - popioły i dymy!"

To powiedziawszy, usiadł i w dłoń klasnął;
Skoczyli słudzy - kazał zwlekać szaty
I legł, nie na to może, aby zasnął;
Lecz, aby Rymwid miał się precz z komnaty.
I on, gdy widzi, iżby nic nie sprawił -
Ani co mówił, ani dłużej bawił
Poszedł - a jako znał powinność sługi,
Wytrąbił ukaz, rycerstwo zgromadził,
Potem do zamku wrócił się raz drugi.
Pocóż? Czy, żeby znowu z panem radził?
Nie. W inną stronę, wiódł on kroki swoje
Na lewe skrzydło zamkowej budowy,
Gdzie ku stolicy spadał most zwodowy,
Szedł krużgankami przed księżnej podwoje.
Córa na Lidzie możnego dziedzica,
Z cór nadniemeńskich pierwsza krasawica,
Zwana "Grażyną", czyli "piękną księżną";
A chociaż wiekiem od młodej jutrzenki
Pod lat niewieścich schodziła południe,
Oboje: dziewki i matrony wdzięki
Na jednym licu zespoliła cudnie.
Powagą zdziwi a świeżością znęca -
Zda się, że lato oglądasz przy wiośnie,
Że kwiat młodego nie stracił rumieńca,
A razem owoc wnet pełni dorośnie.
Nie tylko licem nikt jej nie mógł sprostać
Ona się jedna w dworze całym szczyci,
Że bohaterską Litawora postać
Wzrostem wysmukłej dorówna kibici.
Książęca para, kiedy ją okoli
Służebne grono - jak w poziomym lesie
Sąsiednia para dorodnych topoli -
Nad wszystkich głowę wystrzeloną niesie.

Twarzą podobna i równa z postawy,
Sercem też całym wydawała męża.
Igłę, wrzeciono, niewieście zabawy
Gardząc, twardego imała oręża;
Często, myśliwa, na żmudzkim rumaku,
W szorstkim, ze skóry niedźwiedziej kirysie,
Spiąwszy na czole białe szpony rysie,
Pośród strzelczego hasała orszaku;
Z pociechą męża nieraz w tym ubiorze,
Nieraz od służby zwiedzionej na dworze
Odbiera hołdy, książęciu powinne.

Tak zjednoczona zabawą i trudem,
Osłoda smutku, spólniczka wesela,
Nie tylko łoże i serce podziela,
Lecz myśli jego i władzę nad ludem.
Wojny i sądy i tajne układy
Częstokroć od jej zależały rady -
Acz innym rzecz ta nie była świadoma,
Bo księżna, wyższa nad żon prostych rzędy,
Które, zbyt rade, że panują doma,
Chciałyby z tym się popisować wszędy, -
Owszem, cudzemu pilnie kryła oku,
Z jaką potęgą w sercu męża władnie;
Nawet baczniejsi i bliżsi jej boku
Na prędko mogli zbadać i nie snadnie.

Mimo to Rymwid mądry odgadywał,
Gdzie mu jedyne pozostało wsparcie;
Szedł więc i księżnej wynurzył otwarcie
Wszystko, co widział i co przewidywał,
Jaka stąd dawnym zwyczajom obraza,
Książęciu hańba, narodowi skaza.

Mocno Grażynę wieść nowa uderzy,
Lecz, panią swojej będąc postaci,
Udaje wrzekomo, iż temu nie wierzy,
Pokoju w głosie i w twarzy nie traci.
Więcej u pana słowo niewiast płaci
To wiem, że sobie sam radzi roztropnie;
Wiem jeszcze lepiej; co uradzi, dopnie.
Wreszcie, jeżeli nagła gniewu flaga
Doczesną burzę w sercu jego wzbudzi,
Jeśli niekiedy, lotem młodych ludzi,
Chęć swą nad słuszność lub nad możność wzmaga
Zostawmy, niech czas i cicha uwaga
Rozjaśni myśli, zapały przystudzi,
Pierzchliwe słowa niepamięć pogrzebie -
Tymczasem drugich nie twóżmy i siebie!"
- "Wybaczaj, księżno! O, nie są to słowa,
Co z ust w gorącej pryskają godzinie,
Których, zagasłych, pamięć nie dochowa;
Nie jest to zamiar, który w plątaninie
Chęci niewczesnych rodzi myśl jałowa,
Który, jako dym, zamroczy i zginie.
Ten dym strasznego zwiastunem wybuchu!

Nie dzisiaj jestem przy pańskiej osobie
Od lat dwunastu znał mię wiernym sługą;
Przecież na pamięć nie przywiodę sobie,
By ze mną mówił tak szczerze, tak długo.
Odkładać próżno; co rozkazał, zrobię.
Bo już rozkazał, bym przed gwiazdą drugą
Zgromadził wojska nad grób Peresieka;
Noc będzie widna, droga niedaleka".
Nie chcę, ażeby po Litwie gadano,
Że brat na bratnie następował zdrowie,
Wziął gardło, lub dał za Grażyny wiano!
Pójdę i w pierwszej z książęciem rozmowie...
Owszem, dziś idę, chociaż już nierano...
Wprzód, niźli nocną świt opędzi rosę,
Tuszę, iż dobrą odpowiedź przyniosę".

Żegnają siebie po tym rozhoworze,
A w jedno miejsce dążyli oboje
Księżna, i chwili nie bawiąc w komorze,
Spieszy w gmach pański przez tajne pokoje -
Rymwid, nie bawiąc i chwili na dworze,
Spieszy krużgankiem i - w pańskie podwoje
Że nie śmiał wstąpić - na progu usiada,
Szczeliną patrzy i ucha dokłada.

Niedługo czekał. Klamka zaszeleści,
Z ubocznych progów mignie postać w bieli.
"Kto?" - woła książę, zerwał się z pościeli -
"Kto?" - "Ja" - odpowie znany głos niewieści.
Potem coś dłużej rozmawiać zaczęli,
A chociaż Rymwid domyślał się treści,
Głosu nie złowić, bo, w echo wplątany,
Połknęło miejsce, lub odbiły ściany.

Rozmowa coraz żwawsza i zmieszana,
Coraz zwolniała, coraz trudniej słychać,
Częściej głos pani, bardzo rzadko pana;
Nakniec księżna padła na kolana -
Wstał, nie wiadomo: podnieść, czy odpychać -
Kilka słów potem wymówił goręcej,
A potem milczał i nie mówił więcej.
I było cicho. Znowu postać w bieli
Przemknie się ku drzwiom, klamką zaszeleści;
Czy uprosiła, czy się nie ośmieli
Prosić do dłużej - już w swój gmach niewieści
Odeszła księżna. Książę do pościeli
Wrócił, legł. Cicho - i widać z tej cisze,
Że go sen twardy wprędce ukołysze.

1   |   2   |   3   |   4   |   5   |   6