Grażyna Powieść litewska

1   |   2   |   3   |   4   |   5   |   6

"Panie, gdziekolwiek chęci twoje godzą,
Nigdyć na ludziach i koniach nie zbędzie
Wskaż tylko drogę, my za twoją wodzą,
Nie patrząc, kędy, gotowi iść wszędzie,
Pospólstwo, ślepe twoich rąk narzędzie,
I mężów, którzy na coś więcej zdatni.
Bo i twój ojciec, choć lubił sam z siebie
Wyciągać skrycie przyszłych dzieł osnowy,
Jednak, nim gminne miecze ku potrzebie,
Wprzódy ku radzie mądre wzywał głowy,
Kędy ja nieraz z wolnym zdaniem siadał,
A com umyślił, śmiało wypowiadał.
Więc i dziś wybacz, jeśli w szczerym głosie
Zeznam, co serce ustom przekazało.
Długo ja żyłem i na siwym włosie
Dźwigam i czasów i czynów niemało;
Przed się dziś widzę, oby nie ze szkodą,
Rzecz, dla nas starych niezwykłą i młodą.
Jeżeli prawda, że na Lidzkie państwo
Ciągniesz, do twojej należące właści -
Ten pochód skory, coś nakształt napaści,
Zrazi i nowe i dawne poddaństwo.
Ci, jak zwycięzcy, czekają zdobyczy,
Tamci kajdanów, jak lud niewolniczy.

Zaraz po kraju wieść ziarna rozsypie,
Ucho je gminne chwyta i przesadza -
Skąd w końcu gorzki owoc się wyradza,
Okrzykną zaraz, żeś chciwy łupieży,
Wdarł się na państwo, któreć nie należy.

Inaczej cale po dawnym zwyczaju
Litewskie niegdyś stąpały książęta,
Niosąc stolicę do własnego kraju
Tych książąt dobrze wiek mój zapamięta -
I, jeśli zechcesz iść po starym trybie,
Spuszczaj się na mnie, w niczym nie uchybię.

Naprzód rycerstwo obeślemy wszędy,
I tych, co w mieście zostali się bliscy,
I co na wiejskie powrócili grzędy,
Mają na zamek zgromadzić się wszyscy;
Więc krewne pany, więc starsze urzędy,
Ku bezpieczeństwu, a większej ozdobie,
Z sowitym pocztem niech staną przy tobie.
Co nim dokonasz, ja mogę tymczasem
Wyruszyć jutro lub pojutrze z rana
Ze służbą, z świętą osobą kapłana,
Tudzież z potrzebnym do uczty zapasem,
Aby się wszystko złatwiło na przodzie,
A na zwierzynie nie brakło i miodzie.

Nie tylko bowiem sam naród prostaczy,
Lecz i starszyzna za łakocią goni,
A widząc zrazu pańskiej hojność dłoni,
Dobrze stąd sobie na przyszłość tłumaczy.
Tak zawżdy było w Litwie i na Żmudzi;

Skończył, podchodzi ku oknom i doda
"Wietrzno, niepewna na jutro pogoda...
Jakiegoś widzę rumaka przy wieży,
A tuż i rycerz oparty na łęku...
Drudzy dwaj chodzą, konie wodząc w ręku...
Posły niemieckie - poznałem z odzieży;
Czy ich zawołać, czyli niech na dole
Przez usta sługi odbiorą twą wolę?"

To mówiąc, okno przymknięte zaszczepił,
Niby niechcący, i patrzył i gadał,
Ale umyślnie pytanie uczepił,
By coś o posłach niemieckich wybadał.

Na to mu prędko Litawor odpowie
"Jeżeli kiedy wychodzę po radę
Do cudzych, własnej nie ufając głowie -
Zawżdy twe zdanie na początku kładę,
Boś zewsząd godzien mojej czci i wiary,,
Jak w polu młody, tak na radzie stary.

Więc, choć nie lubię, by dzieł przyszłych
końce
Lada czyjemu widne były oku -
Zamiar, wylęgły w myślenia pomroku,
Źle jest przed czasem wykazać na słońce;
Niechaj rzecz cała, dokonania bliska,
Jak piorun: wprzódy zabija niż błyska.
"Kiedy? - "Dziś, jutro"... - "Gdzie?" - "Na Żmudź,
do Rusi"...
"To być nie może!" - "Będzie i być musi...
Lecz dzisiaj tobie głąb serca rozkrywam.

Dlatego kazał do konia i zbroi,
Dlatego nagle i orężnie godzę,
Bo wiem Witołda, że z wojskami stoi,
Gotowy wstręty czynić mi po drodze;
A może na to chciał do Lidy zwabić,
By zwabionego pojmać albo zabić.

Ale ja z mistrzem Pruskiego Zakonu
Tajemne zaraz związałem przymierze,
Aby mi swoje dał w pomoc rycerze,
Za co w nagrodę ustąpię część plonu.
Jeśli, jak słyszę, przybyli posłowie,
Znać, żem na jego nie zwiedziony słowie.

Wprzód więc, nim zajdą siedmiorakie gwiazdy,
Ruszymy przydać ku litewskiej sile
Niemców pancernej trzy tysiące jazdy
I pieszych knechtów we dwójnasób tyle.
Będąc u mistrza, sam sobie wybrałem,
Jakie ma przysłać rumaki i chłopy,
Od wszystkich naszych ogromniejsze ciałem,
Żelazem kute od głowy do stopy;
Wiesz, jako dzielnie brzeszczotami sieką,
I dzidą srożsi od naszych daleko.

Knecht zasię każdy ma żelazną żmiję,
Którą ołowiem i sadzą utuczy,
Potem, ku wrogom nawracając szyję,
Podrażni iskrą: wnet paszcza zahuczy
Ogniem i gromem, zrani lub zabije,
Kogo jej strzelca trafny wzrok poruczy.
Od takiej broni niegdyś obalony
Pradziad Gedymin na szańcach Wielony.

Wszystko gotowe; tajemnymi drogi
Jutro, gdy Witołd w zaufaniu zbytnim
Na Lidzie słabe zostawił załogi,
Wpadniem, podpalim, zabierzem i wytniem".

Rymwid, niezwykłą rażony nowiną,
Stał pełen dziwu, nieprzytomny sobie
Przegląda burzę, myśli o sposobie,
Skłócone myśli jedne w drugich giną.
Ale rzecz nagła, próżno zwlekać zdanie.
Z gniewem i żalem zawoła: "O panie!
Bogdajbym nigdy nie dożył tej pory!
Brat przeciw bratu ma podnosić dłonie!
Wczoraj wyszczerbił na Niemców topory -
Dziś ma je ostrzyć ku Niemców obronie?
Zła jest niezgoda - ale gorszą zgodą
Chcesz nas pojednać; raczej ogień z wodą!

Zdarza się wprawdzie, że sąsiad sąsiada,
Z którym nieprzyjaźń toczył od lat wielu,
Jeden drugiego zowiąc: "przyjacielu" -
Że bardziej jeszcze, niźli złe sąsiady,
Gniewne na siebie Litwiny i Lachy
Często u wspólnej pijają biesiady,
Snu używają pod jednymi dachy
I miecze łączą ku wspólnej potrzebie -
A jeszcze bardziej nad litewskie męże
I nad Polaki zawziętsi na siebie
Od wieków są ludzie i węże -
A przecież, jeśli do domowych progów
Wąż zaproszony gościem od człowieka,
Jeśli dla chwały nieśmiertelnych bogów
Litwin mu chleba nie skąpi i mleka -
Wtenczas gad swojski pełznie w jego ręce
Społem wieczerza, z jednych kubków piją
I nieraz senne piersi niemowlęce
Mosiężnym wiankiem bez szkody obwija.

Lecz krzyżackiego gadu nie ugłaszcze
Nikt ni gościną, ni prośbą, ni dary!
Małoż Prusaki i Mazowsza cary
Ziem, ludzi, złota wepchnęli mu w paszcze?
On wiecznie głodny! Choć pożarł tak wiele,
Na resztę naszą rozdziera gardziele.

Spólna moc tylko zdoła nas ocalić.
Darmo hordami ciągniemy co roku
Burzyć ich twierdze i mieściny palić!
Przebrzydły Zakon podobny do smoku
I ten ucięty rośnie w dziesięcioro!
Wszystkie utnijmy! Napróżno się trudzi,
Kto naszych szczerze chce godzić z Krzyżaki,
Bo czy to z kniaziów, czyli z prostych ludzi,
Na Litwie całej nie znajdzie się taki,
Coby ich nie znał chytrości i dumy,
Nie stronił od nich, jak od krymskiej dżumy,
Coby nie wolał stokroć od ich broni
Raczej śmierć w polu, niźli pomoc zyskać,
Raczej żelazo rozpalone w dłoni,
Niźli krzyżacką prawicę uściskać!

Lecz Witołd grozi? - Czyż bez obcych mieczy
Już nie zdołamy rozeprzeć się w polu?
Albo czy do tych kresów zaszły rzeczy,
Iż domowego naszych zwad kąkolu
Nie zdoła wyrwać dłoń bratniej przyjaźni,
Oręż dla cudzej zachowując kaźni?

Skądże masz pewność, że słuszna twa skarga.
Że Witołd znowu, stawiąc się upornie,
Zdrady napina i umowy targa?
Posłuchaj, szlij mnie do niego powtórnie,
Wznowim umowę..." - "Dość tego, Rymwidzie!
Znane mi dobrze Witołda umowy.
Wczoraj mu taki wiatr zawiał do głowy,
Dzisiaj nań znowu co innego przyjdzie.
Wczora ufałem książęcemu słowu,
Że sobie Lidę w dziedzictwo zabiorę -
Na gwałt swobodną wyśledziwszy porę,
Gdy się do domów rozjechali moi,
A on u Wilna obozami stoi,
Dziś oznajmuje, jakoby Lidzianie
Za swego pana słuchać mię nie chcieli -
Więc Witołd Lidę dla siebie wydzieli,
Mnie zaś w nagrodę, inny kraj dostanie!...
Pewnie Ruś gołą, lub bagna Warega,
Bo tam wskazana jest siedziba nasza,
Tam Witołd braci i krewnych wypłasza,
A świętą Litwę sam jeden zalega!
Patrz, jak uradził - a wie, na co radzić,
Bo w jedno bije, chociaż różną drogą
Chciałby się jeden nad wszystkich posadzić
I sobie równych cisnąć pod swą nogą.

1   |   2   |   3   |   4   |   5   |   6